Jak wam idzie realizacja projektów w nowej perspektywie? Tak? U mnie też pod górkę.

Od zeszłego roku miałem przyjemność pracować lub współpracować przy projektach PO WER i RPO skierowanych do osób niepełnosprawnych, NEETS-ów, osób zagrożonych wykluczeniem społecznym oraz w outplacemencie. Przyjemność porównywalna z zabiegiem kolonoskopii dokonywanym bez znieczulenia.

Dwa lata temu doradcy zawodowi i pośrednicy pracy z utęsknieniem wypatrywali nadejścia nowej perspektywy środków unijnych. Wyglądało to pięknie. Polska otrzymała kilkadziesiąt miliardów na aktywizację społeczną i zawodową na rynku pracy. Wydawało się więc, że nadchodzą piękne czasy. No cóż, nadeszły.

Pieniądze są, tylko ludzi nie ma

Satysfakcja z wygranego konkursu jest dla beneficjenta krótka. Podmioty, które w przeszłości realizowały po kilkanaście projektów na raz i żyjące złudzeniem, że będzie tak jak dawniej szybko i boleśnie zderzają się z rzeczywistością. Po prostu brakuje chętnych do udziału w projektach. Mamy najniższą stopę bezrobocia po 1989 roku, obniżony wiek emerytalny, który zdjął z rynku tylko w tym roku kilkadziesiąt tysięcy osób oraz pokolenie millenialsów, których wielu przedstawicieli nie czuje jakiejkolwiek presji na podjęcie pracy lub podnoszenie kwalifikacji. W efekcie rekrutacja uczestników do projektu to droga przez mękę, zaś utrzymanie ich w projekcie graniczy z cudem. Wielu beneficjentów decyduje się zatem poddać projekt, sporo umów jest rozwiązywanych przez instytucje nadzorujące w trybie natychmiastowym.



W urzędach pracy brakuje bezrobotnych

Niedawno byłem na szkoleniu w wojewódzkim urzędzie pracy z zakresu prowadzenia projektów. Większość szkolących się była pracownikami powiatowych urzędów pracy oraz ośrodków pomocy społecznej z regionu. Rozmowy bardzo szybko zeszły na problemy z rekrutacją do projektów. Dowiedziałem się, że w urzędach pracy łatwiej spotkać urzędnika niż bezrobotnego, zaś klientom pomocy społecznej w konsekwencji programu 500+ żyje się lepiej niż pracownikom socjalnym. Dlatego też urzędy te niechętnie współpracują z podmiotami realizującymi projekty, bo stanowią one dla nich bezpośrednią konkurencję.

Kto zarządza tymi pieniędzmi?

Moja filozofia zawodowa jest prosta. Skoro zgodziłem się za psa, to muszę szczekać i skoro projekt ma być realizowany, to go realizuję. O ile jednak w poprzedniej perspektywie mogłem się wykłócać z ludźmi, że pieniądze przeznaczane na Kapitał Ludzki są marnotrawione, to teraz sam z trudem pojmuję, jak Urząd Marszałkowski może wypuścić kilkanaście projektów o wartości kilkudziesięciu milionów złotych na projekty outplacementowe (czyli przeznaczone na wsparcie osób zwalnianych z pracy) w sytuacji, gdy żadna firma nie zwalnia, a poszukuje pracowników. Do tego elastyczne zapisy umów o pracę umożliwiają zwalnianie bez podawania w świadectwie pracy przyczyny zakończenia stosunku pracy. Ale to oczywiście nie jest problem marszałka, tylko firm które się outplacementu podjęły. Po kilku miesiącach realizacji okazuje się, że połowa umów na projekty jest rozwiązywana, bo firmy nie są w stanie zrekrutować jakichkolwiek uczestników. To powinno dać urzędowi do myślenia, że może warto coś skorygować.  A tu zaskoczenie. W drugiej połowie roku marszałek ogłasza kolejny konkurs outplacementowy, na kolejne kilkadziesiąt milionów złotych. Widocznie bardzo komuś zależy, by pieniądze wróciły do Brukseli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *